Subiektywny przegląd książki, filmu i reszty cyrku. Czym będzie cyrk, to się zobaczy.
Blog > Komentarze do wpisu
"Zjem to, co ma na sobie", czyli jak odkryłam radość życia. Szkoda, że nie moją.

 okładka

Kiedy szuka się książek po niecodziennych tytułach, z tym strasznym wrażeniem, że już wszystkie zabawne i specyficzne tytuły są nam znane, "Zjem to, co ma na sobie" Davida Sedarisa na pewno wpada do koszyka jako doskonała zdobycz. Nawet, jeżeli tytuł oryginalny jest zupełnie inny ('Me Talk Pretty One Day')

Po raz kolejny okazało się, że niezwykły tytuł jest zapowiedzią dobrej książki. Bingo.

O autorze nigdy nie słyszałam, ale podobno jest sławnym amerykańskim komikiem pochodzenia greckiego i napisał trochę więcej, niż jedną książkę, niestety chyba tylko jedna została wydana w Polsce. Ja wiem tylko, że Sedaris jest jednym z najbardziej pozytywnych ludzi, których wspomnienia miałam przyjemność przeczytać.

„Zjem to, co ma na sobie” to zbiór opowiadań, w których Sedaris opowiada część swojego życia. Opisuje dzieciństwo w dość specyficznej rodzinie z piątką rodzeństwa, potem college i życie w Nowym Jorku oraz przystosowywanie się do francuskiej rzeczywistości, w której razem ze swoim chłopakiem, Hugo, starają się uwić sobie gniazdko na wsi pod Paryżem. Stylem i nawet treścią książki Sedaris trochę przypomina Gerarda Durrella, Anglika, który pisał o życiu swojej rodziny na greckiej wyspie, a zrobił to w równie optymistycznie pogodzony z rzeczywistością sposób, co Sedaris w „Zjem to, co ma na sobie”. Książka relaksuje pozytywnym stoicyzmem, który nie zniekształca świata, ale przedstawia jego mankamenty w taki sposób, że nagle zaczynamy te wszystkie minusy traktować z pewnego rodzaju pobłażaniem i zrozumieniem.

Niesamowite w jego historiach jest to, że mimo najbardziej oczywistych przesłanek, że młodość Sedarisa wcale nie należała do tych najszczęśliwszych i beztroskich, miałam ciągłe wrażenie, że opowiada to wszystko z uśmiechem i radością. Dorastał w rodzinie, w której dzieci absolutnie nie wpasowały się w nadzieje ojca. Sedaris ze swoim homoseksualizmem, którego najwyraźniej był świadomy od wczesnej młodości, musiał mieć jakieś kłopoty z przystosowaniem się do świata. Nie odnosił sukcesów w szkole, w college’u, w pracy, właściwie na żadnym polu ich nie miał. A jednak pisze o tej, właściwie trochę smutnej młodości w taki sposób, jakby to była naprawdę świetna zabawa. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że autor ma właśnie takie pozytywne podejście do życia, co jest zadziwiające i w pewien sposób cudowne. Szczególnie, że w ten całkowicie życzliwy sposób poznajemy nie tylko Sedarisa, którego portret własny wzbudził moją dużą sympatię, ale także oryginalną plejadę postaci, które przewinęły się przez życie autora. Karła, który uczył go gry na gitarze, szaloną milionerkę z obsesją oszczędzania i dręczenia wierzycieli, nauczycielkę francuskiego, która przepięknie obrazuje wszystko czym Francuzi są i czym nie są, a przede wszystkim naprawdę oryginalną rodzinę Sedaris, której poświęca dużą część swoich opowieści.

Obraz samego autora, który wyłania się z jego historii również jest interesujący. Spędza życie szukając jakiegoś celu, przenosząc się od zajęcia do zajęcia bez ładu i składu, a wydaje się wcale nie przejmować faktem, że jego egzystencja jest tak odległa od tego powszechnie przyjętego schematu „muszę do czegoś w życiu dojść”. Mimo to Sedaris nie tylko osiągnął niemało, ale chyba doszedł do najważniejszego, czyli szczęścia. Bo „Zjem to, co ma na sobie” to książka, w której poznajemy naprawdę szczęśliwego ze swojego pełnego zmian życia człowieka.

środa, 11 lutego 2009, liritio