Subiektywny przegląd książki, filmu i reszty cyrku. Czym będzie cyrk, to się zobaczy.
poniedziałek, 07 września 2009
Przeprowadzam się, czyli jestem jak bocian. On do Afryki, a ja...

Porządki zwykle łączą się ze słowem „wiosenne”, ale w moim przypadku są jesienne (niestety to już, koniec lata jest koszmarem). Przed moim ostatnim wyjazdem tegorocznych wakacji postanowiłam przenieść bloga na blogspot, jakoś wygodniejszy od bloxa się wydaje. Tak też zrobiłam i voila: nowy Kalejdoskop po przeprowadzce.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009
"Flammen & Citronen", czyli poluję na duński film - dziwi to nawet mnie.

"Oparta na faktach opowieść o bohaterach duńskiego ruchu oporu, którzy w czasie II Wojny Światowej likwidowali kolaborantów. Pewnego dnia dostają rozkaz by zabić ukochaną jednego z nich."

Podejrzewam, że ten opis jest nie do końca zgodny z prawdą i zwiastun zdaje się to potwierdzać. Zapowiada całkiem niezły film, mam nadzieję, że znacznie przewyższający "Życie na podsłuchu". I gra w nim Mads Mikkelsen, a jest on bardzo dobrym aktorem, ktorego w złym filmie jeszcze nie widziałam (ale fakt faktem, oglądałam z nim w sumie chyba tylko trzy filmy, więc może to nie jest najtrafniejsza rekomendacja).

Światowa premiera miała miejsce już dawno, polskiej zapewne nie będzie, ale ja się nie poddaję, kiedyś "Falmmen og Citronen" mi w ręce wpadnie :)

Wiem, że napisy w zwiastunie są malutkie, ale lepszych nie było.

Kino duńskie i niemieckie jest mi raczej obce, ale czasem mam ochotę nadrabiać :) O ile bowiem skandynawskiego z zasady nie trawię (oczywiście są wyjątki), to niemieckie filmy mnie kilka razy pozytywnie zaskoczyły.

Jeszcze tylko dwa plakaty, bardzo mi się podobają. Bardzo. Głównie z ich powodu zainteresowałam się tym fillmem.

plakat

flammen

17:10, liritio , film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 sierpnia 2009
"Grobowiec świetlików" ("Hotaru no haka"), czyli wojenne dzieci.

plakat

"Wstrząsający film, którego scenariusz powstał na podstawie biograficznej powieści Akiyuki Nosaka. Rozgrywająca się w czasach II Wojny Światowej w Japonii historia 14-letniego chłopca i jego młodszej siostry, których matka zginęła podczas nalotu na Kobe. Od tej pory rodzeństwo jest zdane tylko na siebie..."

To jest opis dystrybutora, z którego ja wykreśliłabym słowa „wstrząsający” i „zdane tylko na siebie”. Akcja miejscami nie trzyma się kupy, ale możliwe, że zbytnio się czepiam, bo jednak psychika dziecka (o której nie ma pojęcia) jest odmienna od tej dorosłego i coś oczywistego dla mnie, dla Seiko (główny bohater) wcale nie musiało takim być.
Nie rozumiem dlaczego historia Seiko i Setsuko potoczyła się tak, a nie inaczej. Ale żeby nie zdradzać akcji powstrzymam się przed wyciąganiem poszczególnych momentów, tylko stwierdzę, że Seiko zachowywał się niezwykle dziwnie i według mnie trochę wbrew naturalnym odruchom – szukania pomocy i przeżycia gdzie się da i jak się da.

hotaru no haka

„Grobowiec świetlików” nie wstrząsnął mną dlatego, że jest bajką, animacją, na której nie potrafię (i nigdy nie potrafiłam) się wzruszyć. Wiem, że powstał na podstawie tej powieści również film fabularny i myślę, że może być naprawdę poruszający. Rysunki chyba nie przemawiają do mnie na tyle, żebym naprawdę potraktowała animację tak samo, jak film fabularny. Jedynie „Walc z Bashirem” był bliski „wstrząśnięcia” mną, ale każda reguła ma wyjątek, moja też.

Jednak faktem niezbitym jest, że ten krótki film jest niezwykle czarowny i prosty. Prostota jest zawsze najpiękniejsza. Mnóstwo drobniutkich elementów, które stworzyły półtoragodzinny skarb nadal stoi mi w oczach, tak jak przywołuje się z pamięci obraz już po opuszczeniu galerii. I mam teraz na myśli tak część wizualną, jak i fragmenty akcji, wszystko co otacza główny nurt historii wojennych sierot, jest doskonale dopracowane i interesujące.

le tombeau

A wymowa filmu? „Grobowiec dla świetlików” nie nawiązuje do polityki, ale do samego faktu wojny, już nieważne jakiej. Dwójka dzieci pozbawiona rodziców, czyli podstawowego bezpieczeństwa, musi radzić sobie sama – antywojenne przesłanie jest aż nazbyt czytelne. Ale mnie wcale w „Grobowcu świetlików” główna akcja nie wydawała się najważniejsza, podobnie jak myśl przewodnia. Mnie rozbroiła opiekuńczość Seiko, który przecież do dojrzałości ma jeszcze daleko, nad młodszą siostrzyczką. A zachwyciła ta piękna i złożona otoczka drobnych zdarzeń, codziennych smutków i radości, które towarzyszą nam niezależnie od wielkich, ważnych wydarzeń w życiu. 

I teraz się zastanawiam, czy to jest cecha japońskiego kina w ogóle? To dopracowanie szczegółów codzienności, które były tak pięknie pokazane i w „Grobowcu świetlików”, i w „Pożegnaniach”, a także w dwóch innych japońskich bajkach, które oglądałam „Ruchomy zamek Hauru” i „Spirited Away”. Jeśli tak, kino japońskie wskakuje na półkę do dokładnego przefiltrowania.

grave

12:52, liritio , film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 sierpnia 2009
Gangsterzy i koronki, czyli (mocno) spóźnione refleksje.

plakat

„Coco avant Chanel” – polski tytuł jak zwykle trochę popsuł – to film, który był gorszy, niż się spodziewałam (a nie nastawiałam się na coś specjalnego), a Coco Chanel zapewne przewraca się w grobie.
Niby obsada idealna, niby zdjęcia ładne, muzyka delikatna i piękna – technicznie film jest zrobiony dobrze, gra aktorska na poziomie, chociaż nie przesadzałabym z zachwytami – ale jak można było zrobić z Coco coś takiego? Przede wszystkim, film kończy się w momencie, w którym powinien mieć mniej więcej środek.
Chanel była wielka dlatego, że jako kobieta utorowała sobie drogę do sukcesu w świecie mężczyzn, musiało ją to kosztować wiele, wymagało ogromnego samozaparcia, talentu i energii. I to jest w niej interesujące, a nie fakt, że z piosenkarki w klubie stała się utrzymanką, której los wcale nie był ciężki.

coco

Z filmu wynika, że żyła sobie mała Coco, pewnego dnia nie miała pracy, więc zwróciła się o pomoc do poznanego wcześniej bogatego pana. Na początku nie pasowała do towarzystwa, ale owo towarzystwo z czasem doceniło jej oryginalność, bogaty pan pokochał, a miłość jej życia (inny bogaty pan, nie zepsuty przez majątek rodzinny) zdradzał z nią żonę na potęgę. Acha, a jakoś tak przy okazji Coco zaczęła robić kapelusze i uszyła sobie kilka kiecek. W sumie to wynika z tego wszystkiego tyle, że gdyby nie tamten facet, z którym stało się to, co się stało, genialna Coco nigdy by nie zaistniała. Koszmarnym dowcipem jest ten film i nie widzę w nim tego wielkiego zmagania się z wrogim społeczeństwem i odrzuceniem. To nie jest film o Coco, tylko o wkurzającej panience, która miała w życiu spory fart.

poster

Z innej beczki, „Public Enemies”. Dobry film sensacyjny, chociaż faktycznie Michael Mann mógłby więcej. Podobnie jego obsada, szczególnie na tak obiecujący temat. Ale po kolei. Jeżeli idę do kina na film reżysera o pewnej renomie, na plakacie widzę nazwiska Depp, Bale i Cotillard, a historia Johna Dillingera naprawdę jest świetnym materiałem do wykorzystania, spodziewam się fajerwerków.
Dostałam kino na poziomie, warsztatowo świetne, nawet ta charakterystyczna kamera miała pewien urok. Kino rozrywkowe, ale bez nawet najmniejszego przejawu wzbicia się powyżej pułapu dobrego kina sensacyjnego. Jedynie zdjęciami byłam naprawdę zachwycona, bo niektóre ujęcia są świetne, pomysłowe i piękne. Nigdy wcześniej zdjęcia Dante Spinottiego nie zwróciły mojej uwagi, ani w „Czerwonym smoku”, ani w „L.A. Confidential”, a teraz mam ochotę obejrzeć te filmy tylko po to, żeby uważniej przyjrzeć się zdjęciom.

screencap

Wracając do tematu, cały seans nie mogłam się pozbyć wrażenia, że „Public enemies” to trochę taka chałtura dla aktorów pierwszoplanowych, bo żadne z nich nie pokazało niczego nowego. Grali wręcz z łatwością równą kiwaniu palcem w bucie. I nikt mi nie wmówi, że Depp nad tą rolą wylał siódme poty, tylko mu nie wyszło. Już prędzej Bale, który nie wiem dlaczego był aż tak krytykowany. Mnie postać bezlitosnego detektywa przypadła do gustu, szczególnie, że Christian Bale przedstawił go jako zawziętego myśliwego, ‘eyes on the prize’ i nic poza tym nie istnieje. To całkiem odświeżające po rzeszy twardych policjantów z drugim dnem, którzy mają problemy z alkoholem, ale i tak są fajni.
Ach, jeszcze zakończenie. Generalnie wszystko fajnie, ale dlaczego idealny moment na ucięcie filmu został zlekceważony? (dla wtajemniczonych, chodzi mi o scenę w kinie, kiedy kamera robi bardzo bliski najazd na uśmiech Dillingera, który ogląda „Wielkiego gracza” z Clarkiem Gable, a przed kinem Christian Bale sprawdza czy ma zapałki – byłam tak przekonana, że to już koniec, że kolejne, całkowicie niepotrzebne filmowi, piętnaście minut przesiedziałam z grymasem absolutnego zaskoczenia na twarzy)

12:33, liritio , film
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 sierpnia 2009
"The September Issue", czyli porównania.

Tego filmu nie mogę się doczekać, chociaż powiedzmy, że jestem w stanie przyjąć do wiadomości fakt, że wcale nie musi być aż tak interesujący, jak mi się wydaje.

A ten widziałam wczoraj - pytanie dlaczego poszłam na to do kina, uznaję za niebyłe; może miałam jakiś chwilowy rozstroj emocjonalny - i wierzcie mi, lepiej spuścić na ten film zasłonę milczenia. Grobowego. Słabość polskich komedii przestała być śmieszna.

16:12, liritio , film
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13